Foto: Paul Glaser

Die ersten Sonnenstrahlen des Jahres locken Menschen aller Altersgruppen in den idyllischen Park. Am Rande der Grünfläche gelegen, erinnert das Gebäude, das den liebevollen Namen „Schlemmerpilz“ trägt, eher an eine Haltestelle.

 

Wir trauen uns hinein.

 

Die freche Begrüßung der Inhaberin hätte jeden Berliner Hipster verstummen lassen: „Ich weiß zwar nicht, was ihr wollt, aber ich mach euch erstmal einen halben Kaffee“, ruft uns Martina Bräuer entgegen. Genüsslich zieht sie an ihrer ersten Zigarette. Gut aufgepasst! Ab 13 Uhr ist das Rauchverbot im Schlemmerpilz aufgelöst. Das im Jahre 1938 erbaute Gebäude hüllt sich allmählich in Küchendunst. In der offenen Küche werden schon Gerichte für den nächsten Tag produziert. Es herrscht ein derber Ton. Wie in einer deutschen Großküche, in der purer Stress an der Tagesordnung steht, folgt ein beißendes Wort dem anderen. Sarkasmus ist hier die ganz große Stärke, nur irgendwie liebevoll und mit sehr viel Komik. Wir fühlten uns geehrt! Authentischer kann man seine Gäste nicht empfangen, wahrnehmen und unterhalten.

 

Foto: Paul Glaser

 

Martinas Tag startet früh. Ziemlich früh sogar. Ab 4 Uhr brennen die Lichter im Schlemmerpilz. Punkt 8 Uhr kommen die ersten Mittagsgäste ihr Eisbein abholen. 200-300 Portionen hauen die Mädels tagein, tagaus über ihren Verkaufstresen; zu zweit. Das kulinarische Angebot umfasst 11 Gerichte. 4 davon wechseln täglich. Heimisches Bier vom Fass rundet einen bodenständigen Mittagsbesuch ab. Die Convenience-Stufe ist zwar ziemlich hoch, die Preise allerdings niedrig. Mehr als fair denken wir uns und ordern ein weiteres Bier. Die Stimmung ist großartig. Ab Jahresende legt die ehemalige Küchenchefin des Krankenhauses nach fast 20 Jahren im Schlemmerpilz ihr Zepter nieder – Rente. Ein Stück Stadtgeschichte geht damit zu Ende. Wir wünschen Martina alles erdenklich Gute, bedanken uns für den magischen Besuch und die Erlaubnis, darüber berichten zu dürfen.

 

Foto: Paul Glaser

Fotka: Paul Glaser

První sluneční paprsky tohoto roku nalákali lidi, všech věkových kategorií, do idylického parku. Budova stojící na okraji zelené plochy, která nese láskyplné jméno „Schlemmerpilz", nám připomíná spíše zastávku.

Odvážíme se vejít dovnitř.

Drzý pozdrav majitelky by umlčel každého berlínského hipstra: „Nevím sice, co chcete, ale nejdříve vám udělám kafe,“ volá nám vstříc Martina Bräuerová. S potěšením si užívá svou první cigaretu. Ano, pozor! Po 13 hodině je zákaz kouření v Schlemmerpilzu zrušen. Budova postavena v roce 1938 se postupně zahaluje do páry z kuchyně. V otevřené kuchyni se již nyní připravují jídla na druhý den. Panuje tu břitký tón. Stejně tak, jako ve velké německé kuchyni, ve které je stres na denním pořádku, následuje jedno ostré slovo za druhým. Sarkasmus je zde velkou silou, ale tak nějak mile a s velkou dávkou humoru. Cítíme se být poctěni!  Asi nelze vítat, brát vážně a bavit své hosty autentičtěji.

 

Fotka: Paul Glaser

Martinin den začíná brzy. Dokonce velmi brzy. Od 4 hodin svítí světla ve Schlemmerpilzu. A od 8 hodin si přicházejí první hosté vyzvednout vepřové koleno k obědu. Holky vydají přes pult denně 200-300 porcí – a to jsou na to jen dvě. Kulinářská nabídka zahrnuje 11 jídel, 4 z nich se denně mění. Místní točené pivo završuje řádný oběd. Konvencionální úroveň pohodlí je poměrně vysoká, avšak ceny nízké. Myslíme si, že je to tady víc než spravedlivé a objednáme si další pivo. Nálada je skvělá. Na konci roku odloží, bývalá kuchařka z nemocnice, po téměř 20 letech své žezlo v Schlemmerpilzu a půjde do důchodu. Skončí tak kus historie tohoto města. Přejeme Martě vše nejlepší, děkujeme za kouzelnou návštěvu a svolení vás o ní informovat.

 

Fotka: Paul Glaser

Zdjęcie: Paul Glaser

Pierwsze promienie słońca przyciągają ludzi każdego wieku do idyllicznego parku. Położony na obrzeżach trawnika budynek o czułej nazwie „Grzybek Łasucha” przypomina raczej przystanek.

Wchodzimy.

Zuchwałe przywitanie właścicielki bije na głowę każdego berlińskiego hipstera: „Wprawdzie nie wiem, czego chcecie, ale zrobię Wam najpierw kawy” woła do nas Martina Bräuer. Delektując się przy tym swoim pierwszym papierosem. Uwaga! Od 13stej w „Grzybku Łasucha” zakaz palenia papierosów zostaje zniesiony. Zbudowany w 1938 roku budynek stopniowo wypełniają opary kuchenne. W otwartej kuchni produkuje się już potrawy na następny dzień. Panuje opryskliwy ton. Jak w każdej niemieckiej kuchni gastronomicznej, gdzie stres jest na porządku dziennym, pojawiają się gryzące słowa innych. Sarkazm jest tu pożądaną cechą, ale z dozą życzliwości i dużą porcją komizmu. Czujemu się zaszczyceni! Już bardziej autentycznie nie można przyjąć swoich gości, spojrzeć na nich i porozmawiać.

 

Zdjęcie: Paul Glaser

Dzień Martiny zaczyna się wcześnie. Nawet bardzo wcześnie. O godzinie 4 świeci się już światło w Grzybku Łasucha. Punktualnie o 8-ósmej pojawiają się pierwsi klienci po swoje obiadowe golonki. 200-300 porcji dzień w dzień przygotowują dziewczyny w dwie. Oferta kulinarna obejmuje 11 potraw. Cztery z nich zmieniają się codziennie. Lokalne piwo z beczki dopełnia lokalny posiłek obiadowy. Poziom udogodnienia nie jest wprawdzie wysoki, ale ceny za to konkurencyjne: „Bardzo przystępne” myślimy i zamawiamy następne piwo. Atmosfera jest wspaniała. Była szefowa kuchni kliniki w Görlitz oddaje ster po 20 latach pracy w Grzybku Łasucha pod koniec tego roku – zasłużona emerytura. Wraz z nią odchodzi kawałek historii miasta. Życzymy Martinie, Wszystkiego co Najlepsze i dziękujemy za odwiedziny tego magicznego miejsca i pozwolenie, napisania o nim.

 

Zdjęcie: Paul Glaser